Advertisement

PKP, opóźnienia i o tym, jak postanowiłem już nigdy nie jeździć pociągiem

Przysięgam, że był to ostatni raz, kiedy z własnej i nieprzymuszonej woli postanowiłem pojechać gdziekolwiek pociągiem. Samo określenie pojechać jest zresztą użyte tutaj trochę na wyrost.

A było tak: byłem umówiony na wywiad w Krakowie. Nie jest to jakoś wybitnie ważne dla tej historii, ale wspominam, żeby nie było, że w poniedziałki jeżdżę sobie dla przyjemności na wycieczki krajoznawcze po Polsce. Z opcji korzystnych czasowo miałem do wyboru: podróż samochodem albo pociągiem.

Pociąg był droższy

Tak, tak. Za podróż PKP Intercity w obie strony, czyli Warszawa – Kraków – Warszawa zapłaciłem 300 zł. Za drugą klasę, więc bez żadnych fanaberii. Gdybym chciał pojechać samochodem, to w obie strony miałbym do przejechania ok. 600 km. Mój mało ekonomiczny samochód (nie mylić z małym i ekonomicznym) spaliłby na takiej trasie trochę mniej niż 50 litrów benzyny, czyli jakieś 260 zł.

Gdybym dokooptował sobie jeszcze jakichś współpasażerów z BlaBlaCar (co czasem robię), byłoby jeszcze taniej. A to, że uwielbiam samą jazdę samochodem i że jest to moje ulubione miejsce do słuchania muzyki pomijam – bądźmy praktyczni, żadnych fanaberii.

Do przejazdu pociągiem przekonały mnie dwie rzeczy. Po pierwsze: czas przejazdu jest w teorii dwa razy krótszy, niż samochodem. Po drugie: skoro nie prowadzę, to będę mógł sobie popracować. Ta, jasne.

O problemach na trasie dowiedziałem się dopiero po tym, gdy ruszyliśmy z dworca.

— Szanowni państwo, mamy utrudnienia, jedziemy trasą awaryjną, planowane opóźnienie to 120 minut – poinformował mnie i współpasażerów miły pan z głośnika.

Nie, żebym przy zakupie biletu kilka dni wcześniej podał przewoźnikowi swój numer telefonu, na który można było wysłać np. SMS-a: Panie Domański, jak chcesz pan dojechać na 11 do Krakowa, to nie wsiadaj pan w Intercity – mamy awarię. Już nie bądźmy tacy wymagający.

Ale informację o dwugodzinnym (tzn. jeszcze wtedy było dwugodzinne) opóźnieniu, można było ogłosić na dworcu, zanim ludzie wsiedli do pociągu. W normalnym kraju to tak powinno działać: proszę państwa, mamy mega-awarię i jeszcze większe opóźnienia. Jak ktoś chce, to w kasie zwracamy za bilety, przepraszamy.

PKP ma jednak inny styl kontaktu z klientami i o tym, że pociąg będzie jechał dwukrotnie dłużej i zupełnie inną trasą pasażerowie dowiedzieli się już po tym, jak odjechali nim ze stacji. To tak jakbym kupił samochód i już w drodze powrotnej sprzedający zadzwonił do mnie, że tuż przed moim przyjazdem podmienił w nim silnik i że życzy mi szerokiej drogi.

O, albo wyobraźcie sobie, że idziecie do kina na „Kler”, ale zamiast tego puszczają wam… nie, dobra, zostawmy to.

Oczywiście nikt z obsługi pociągu nie był w stanie powiedzieć mi nic więcej na temat zwrotu jakiejkolwiek części kosztów za podróż. No w tej sprawie, to musi pan się kontaktować z naszą obsługą klienta. Na razie w ramach zadośćuczynienia za ponad dwukrotnie dłuższą podróż pociągiem dostałem dwie herbaty i jakiegoś wafelka.

Popracować też za bardzo się nie dało.

Pracując w redakcji, która egzystuje tylko i wyłącznie w internecie trzeba mieć dostęp do internetu. A tego w Intercity jak nie było, tak nie ma nadal. 2018 rok – coraz więcej linii lotniczych udostępnia swoim pasażerom opcję połączenia z siecią podczas lotu, a ja stoję sobie ponad godzinę w szczerym polu i nie mam jak wysłać tekstu. Ani SMS-a, że te 2 godziny opóźnienia są już nieaktualne i że na wywiad spóźnię się jeszcze bardziej.

To jest dopiero fenomen, że wybudowaliśmy sobie supernowoczesną linię kolejową i ona nadal jest niekompatybilna z nowoczesnymi metodami komunikacji. Internet w pociągach PKP Intercity łapie się co najwyżej przypadkiem, na chwilę i tylko, gdy ma się szczęście.

Myślicie, że to koniec, prawda?

Została jeszcze droga powrotna. To, że pociąg odjechał z 10-minutowym opóźnieniem ze swojej stacji początkowej pomijam. Polska to nie Japonia. Półgodzinne opóźnienie też już nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Założyłem sobie słuchawki na uszy, odpaliłem ulubioną (i jedyną pobraną na telefon) playlistę na Spotify i gapiłem się w okno.

Wtem, z mojego stanu zen wyrwał mnie konduktor.

Błyskawicznie okazało się, że był jednym z tych ludzi, którzy domyślnie obrażeni są na cały świat bez żadnego konkretnego powodu. W trakcie kontroli, dowiedziałem się, że mój bilet jest nieważny. Bo w formularzu przez który go kupowałem nie wpisałem swojego drugiego imienia i na bilecie są inne dane, niż w dowodzie.

Po całym dniu przygód z PKP strasznie mnie to rozbawiło. Panu konduktorowi powiedziałem, że po prostu nie wierzę, że mogę dostać za to mandat i że jakby co, to go nie przyjmę. W odpowiedzi usłyszałem, że on się zastanowi co z tym zrobić.

I tyle się widzieliśmy. Bo nawet jakieś błahe, 30-minutowe opóźnienie sprawia, że obsługa pociągu zaczęła otrzymywać serię coraz trudniejszych pytań od pasażerów, przez co dyskretnie sobie gdzieś znika.

PKP – mam nadzieję, że nigdy więcej

Z pociągu w Warszawie wyszedłem zmęczony, zniesmaczony i rozczarowany całym tym dniem spędzonym w podróży z PKP. Nikt przed wyjazdem nie poinformował pasażerów, że pociąg spóźni się ponad dwie godziny. Chociaż z tego, co czytam teraz, już po powrocie do domu, niektóre pociągi miały opóźnienia kilkukrotnie wyższe.

Nie wiem, może jestem w czepku urodzony, ale jadąc gdzieś dalej samochodem nigdy nie miałem tak wielu problemów po drodze. Do tego, jeśli do czasu jazdy samym pociągiem człowiek doliczy jeszcze dojazdy na dworzec i poruszanie się po mieście, do którego się jedzie, to nawet super-szybkie (jak na polskie realia) pociągi Intercity przestają być takie super.

Na ostatnim odcinku między dworcami w Warszawie jeden z jadących obok mnie pasażerów wspomniał też, że te dzisiejsze opóźnienia to nie jest jakiś przypadek jeden na milion. I że on, pokonując tę trasę kilkanaście razy w miesiącu co chwilę trafia na jakieś mniej lub bardziej planowane opóźnienia. I że gdyby miał prawo jazdy, to w życiu nie wsiadłby do pociągu. I to jest chyba mój nowy plan. Przynajmniej jeśli chodzi o te podróże, gdzie punktualność ma znaczenie.

PS: dojeżdżając do Warszawy-Wschodniej miły pan z głośnika poinformował, że większość pociągów w ramach połączeń z przesiadką nie będzie czekała na pasażerów z tego mojego. Szkoda, że nie życzył im powodzenia w dalszej drodze.

PS 2: jeśli nadal myślicie, że miałem po prostu pecha, przeczytajcie co o podróżach z PKP napisał w sierpniu Rafał.

Źródło postu: https://www.spidersweb.pl/2018/09/pkp-opoznienia-warszawa-krakow.html/?full=1